Koreańskie sieroty w Polsce Ludowej – Historia mojej babci

Na początku listopada wziąłem udział w konferecji naukowej poświęconej Korei Północnej, która została zorganizowana przez Instytut Badawczy Korei prof. Miyatsuka. Spotkanie odbyło się w Tokio w dzielnicy Ikebukuro. Opowiadałem na niej o północnokoreańskich sierotch, które znalazły nowy dom w Polsce w czasie wojny koreańskiej.

10805139_10203127994744154_1218801565_n

Początki blogowania o Korei Północnej

W czerwcu tego roku założyłem bloga „Pozdro z KRLD” oraz jego facebookowy odpowiednik po to, żeby opowiedzieć o innym obliczu Korei Północnej. Chciałem wam pokazać Koreę, której nie pokażą media i wydawcy książek. Staram się wam przybliżyć ten kraj w taki sposób żebyście spróbowali zrozumieć jego mieszkańców i dlaczego Korea Północna jest takim krajem, jakim jest obecnie. Jak już wiele razy powtarzałem, na tym blogu nie będzie o polityce, prawach człowieka lub stosunkach międzynarodowych. Skupiam się głównie na turystyce, kulturze i zwyczajach w Korei Północnej.

Drugim krokiem było założenie strony na FB w języku japońskim, żeby pokazać Japończykom, jakiego mają sąsiada. Wielu Japończyków nawet nie wie, gdzie Korea Północna leży (lol?). Nie mają zielonego pojęcia o tym kraju. Wiedzą jedynie tyle, że są „źli i że chcą zniszczyć Japonię”. W pamięci Japończyków wciąż pozostaje nierozwiązana kwestia porwań japońskich obywateli przez koreańskie służby specjalne. Dzięki japońskiej wersji bloga poznałem osoby, które także zajmują się badaniami nad Koreą Północną lub także chciałyby tam pojechać na wycieczkę. Nawiązałem kontakt z jednym badaczem, który zaprosił mnie na konferencję o Korei. Przyjąłem zaproszenie i jakież było moje zdziwienie, gdy po jakimś czasie zaproponowano mi także wystąpienie na niej. Czemu nie! Poprosili mnie, żebym opowiedział o Korei Północnej z perspektywy Polaka.

Długo się zastanawiałem, o czym mógłbym opowiedzieć na tej konferencji. W końcu przypomniałem sobie opowieść mojej babci o tym, jak uczyła dzieci z Korei Północnej języka polskiego.

Sieroty z Korei Północnej w Polsce Ludowej 

Pobyt koreańskich dzieci w Polsce w latach 50. to wciąż mało znana historia. Przez te wszystkie lata została ona zapomniana i dopiero niedawno zaczęto znowu ją opowiadać. Pierwszą osobą, która na poważnie zainteresowała się tym tematem była Jolanta Krysowata, która na cmentarzu pod Wrocławiem odnalazła grób koreańskiego dziecka o imieniu Kim Ki Dok. Dziennikarka zaczęła się zastanawiać, dlaczego to kilkunastoletnie dziecko zmarło w Polsce w latach 50. Zaczęła szukać starych dokumentów i świadków ówczesnych wydarzeń, aby odtworzyć historię dziewczynki. Trafiła w ten sposób na niesamowitą historię o koreańskich dzieciach, które trafiły do Polski Ludowej w czasie wojny koreańskiej. Przywódca Korei Północnej poprosił o pomoc kraje bloku wschodniego i przechowanie dzieci, które straciły rodziców w wyniku wojny. Pierwsza grupa dzieci trafiła do Polski w 1951 r. Przez wiele tygodni 200 koreańskich dzieci podróżowało pociągiem przez Syberię, aż w końcu dotarły do Polski. Na miejsce przybyły wykończone i schorowane.

Dzieci najpierw trafiły do szpitala, gdzie wyleczono je z przywiezionych chorób. Następnie trafiały do ośrodka w Otwocku pod Warszawą, gdzie zaczęły chodzić do szkoły i uczyć się polskiego. Na początku dzieci nie znały ani słowa po polski, a nauczyciele po koreańsku. Nie istniały wtedy nawet słowniki do języka koreańskiego! Opracowano więc specjalną metodę polegającą na skojarzeniach i pokazywaniu dzieciom przedmiotów, które następnie nazywano po polsku. W ten sposób, krok po kroku, dzieci poznawały język polski i zaczynały w nim mówić.

W 1953 roku powstał nowy ośrodek w Płaskowicach na południu Polski. Był to ogromny i nowoczesny, jak na tamte czasy, kompleks składający się z 13 budynków, szpitala i szkoły. Położony był w pięknym lesie. Strzeżony był przez wojsko i nie wolno było nikomu wejść do środka bez przepustki.  Podobno, gdy dzieci koreańskie szły na basen lub do kina, to polskie dzieci nie miały tam wstępu. Starano się izolować koreańskie dzieci od poskich rówieśników.

Dzieci były uczone przez staranne dobranych młodych nauczyciele z całego kraju. Dostali oni specjalną misję, o której mieli nie opowiadać nikomu spoza ośrodka. Mieszkańcy okolicznych wiosek także udawali, że nic nie wiedzą o dzieciach. Nic dziwnego. W tamtych czasach wciąż panował terror komunistycznej bezpieki i za byle przewinienie można było mieć poważne kłopoty.

Według relacji nauczycieli, dzieci uczyły się bardzo pilnie i były bardzo pracowite. Nakazał im to Prezydent Kim Il-Sung, który odwiedził Polskę w 1956 r. Pojechał wtedy do szkoły w Otwocku i spotkał się z dziećmi. Była to pierwsza wizyta Kim Il-Sunga w Polsce. Do drugiej doszło trzydzieści lat później w 1986 r.

Dzieci mieszkały w Polsce przez wiele lat i bardzo zżyły się ze swoimi nauczycielami. Polska stała się ich nowym domem, a nauczyciele rodzicami, których utraciły. W 1959 roku z Korei Północnej nadszedł niespodziewanie rozkaz do powrotu do kraju. Był to wielki dramat dla dzieci oraz ich opiekunów. Rozstanie było bardzo ciężkie dla wszystkich.

Bardziej szczegółowo na temat tej historii opowiadałem w trakcie konferencji w Tokio. Zapis z niej możecie obejrzeć na Youtubie. Moje wystąpienie przygotowałem po japońsku, ale dodałem polskie napisy specjalnie dla moich czytelników :)

Było to moje pierwsze wystąpienie w Japonii w tej roli, więc nieco się stresowałem. Proszę mi wybaczyć. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję się poprawić.

Historia mojej babci

Jedną z nauczycielek, które uczyły koreańskie sieroty, była moja babcia Henryka Truszkowska. Jej historia jest nieco inna od tych nauczyciele z ośrodka w Płaskowicach. Moja babcia uczyła w szkole podstawowej w Świdrze niedaleko Otwocka, gdzie trafiło kilka dzieci koreańskich.

babcia2
Moja babcia po lewej. Rok 1957.

Nie był to więc specjalny ośrodek przeznaczony tylko dla dzieci koreańskich, jak w przypadku wcześniej wspomnianych obiektów. Tutaj dzieci koreańskie uczyły się na równi z dziećmi polskimi w polskiej klasie. Oznacza to, że równolegle do zamkniętych ośrodków, niektóre dzieci uczyły się w polskich szkołach. Według opowieści świadków tamtych wydarzeń, niektórzy uczniowe dostawali pozwolenie na kontynuowanie nauki w polskich szkołach, a nawet uniwersytetach. Jak to ma się do polityki izolowania tych dzieci od reszty polskiego społeczeństwa, to nie potrafię wytłumaczyć. Może te ośrodki funkcjonowały tak restrykcyjnie do 1956 roku, a potem dano dzieciom nieco więcej swobody?

Według opowieści mojej babci dziewczynki w jej szkole były młodsze, a chłopcy starsi. Wszyscy mieszkali w jednym domu dziecka. Dzieci koreańskie uczęszczały do Szkoły Podstawowej nr 1 w Otwocku.  Uczyły się w IV i V klasie wraz z polskimi dziećmi. Z tamtych czasów nie zachowało nam się wiele zdjęć. Babci udało się znaleźć zaledwie jedno zdjęcie z koreańską uczennicą w klasie. Czy potraficie ją odnaleźć na zdjęciu? ;)

babcia1
Klasa mojej babci. Z lewej w ostatnim rzędzie Koreanka. Babcia z tyłu. 1957 rok.

Kolejną różnicą, jaka się pojawia w opowieści mojej babci, jest to, że koreańskie dzieci wcale tak dobrze się nie uczyły, jak to opowiadają nauczyciele z Płaskowic. Czyżby stracili zapał do nauki? Nie były też takie posłuszne. Babcia pamięta 12- letniego łobuziaka o imieniu Ojon – Ho (taką pisownię zapaiętała babcia). Naprawdę musiał dać jej popalić skoro dalej pamięta jego imie po 60 latach. Inaczej też wyglądała kwestia miłości dzieci do Polski. Koreańskie dzieciaki z Otwocka mówiły, że nie chcą być w Polsce, tylko chcą wrócić do kraju i walczyć o swoją ojczyznę. Bardzo patriotyczna postawa, która z pewnościa był im wpajana przez koreańskich wychowawców. Według babci dzieci często rysowały swoją ojczyznę. Z pewnością wiele z nich tęskniło do swojego kraju, gdyż Polska była dla zupełnie obcym miejscem i nie zmieniło tego nawet to, że mieszkały tu przez wiele lat. Co one naprawdę sądziły o Polsce? Trudno teraz powiedzieć. Wiem jednak, że Polska i polscy nauczyciele przyjęli koreańskie dzieci z otwartymi ramionami i pokazaliśmy w ten sposób, że bez względu na narodowość i kulturę można nawiązać wspólny język i okazać dobre serce drugiemu człowiekowi. Jest to wydaje mi się, jeden z ciekawszych epizodów w historii stosunków polsko-północnokoreańskich.

Historia koreańskich dzieci w Polsce towarzyszyła mi od jakiegoś czasu i chcąc się dowiedzieć więcej na ten temat postanowiłem przygotować moje wystąpienie na konferencję w Tokio. Muszę się jeszcze zaopatrzyć w książkę „Skrzydła anioła” Jolanty Krysowatej, w której autorka opisuej ze szczegółami kulisy tamtych wydarzeń.

Konferencja w Tokio

Na konferencję przyszło około 20 osób, a wśród nich kilku dziennikarzy, profesorów wyższych uczelni, pasjonatów oraz…pracownik ambasady Korei Południowej. Czyżby sprawdzał on, jacy ludzie przychodzą na takie spotkania i o czym tu opowiadamy? Całkiem możliwe. Zostałem bardzo serdecznie przywitany przez uczestników konferencji,  którzy byli bardzo ciekawi skąd pochodzę i czym się zajmuję. Jednym z pierwszych pytań, które padło było to, czy znam osobiście Kim Pjong-Ila (koreański ambasador w Warszawie i młodszy brat Kim Jong-Ila) oraz Nicolasa Leviego (znany badacz zajmujący się Koreą). Niestety nigdy nie miałem przyjemności spotkać tych panów. Może to nadrobię.

Po konferencji uczestnicy udali się na tradycyjne zimno piwo i czarkę sake :)